
W sobotni wieczór zasiadłam z mężem przed telewizorem, by zobaczyć film, którym obdarował mnie Święty Mikołaj. Boyhood. Przed seansem nic o filmie nie wiedziałam. No może tyle, że realizowany był przez prawie 12 lat, co już czyniło go w jakimś sensie fascynującym i to, że był nominowany m.in. do Oscara 2015 w kilku kategoriach. Rozpoczął się i …toczył, toczył, toczył, aż po dwóch i pół godzinie dotoczył się do końca. Kompletnie nie wiedziałam co mam myśleć o tym co właśnie zobaczyłam. Przez cały ten czas czekałam w napięciu na wielkie wow!, na fajerwerki, na nagły zwrot akcji, czekałam, aż coś się w końcu wydarzy, jakiś wielki dramat może. Czekałam…., aż skończył się film. No i co to było? Na moim oczach w jeden wieczór chłopiec stał się młodym mężczyzną i cóż poza tym? Zaczęliśmy z mężem dyskusję. A może właśnie to są te fajerwerki? Może w życiu nie chodzi o to, by działy się te dramaty, wielkie rzeczy, zdarzenia, tylko to życie samo w sobie jest już czymś wyjątkowym? I wtedy przeczytałam recenzję Newsweek Polska: Najważniejszy film ostatniej dekady? W niezwykły sposób pokazuje, że nasze życie składa się z banał&oa...