Podróż za 2 uśmiechy

MAŁA WIELKA WYPRAWA GDYŃSKIM TROLEJBUSEM

MAŁA WIELKA WYPRAWA GDYŃSKIM TROLEJBUSEM

 

Ostatnio rzadko biorę udział w jakichkolwiek konkursach. Tym razem zrobiłam jednak wyjątek. Skusiło mnie hasło Moja najważniejsza podróż. Chwilę przed sierpniowym wyjazdem w Bieszczady (dosłownie chwilę, bo późnym wieczorem, a następnego dnia wczesnym rankiem byłam już w samochodzie) naskrobałam na szybko kilka słów o tym, co w mojej głowie i duszy było już jakiś czas i wysłałam do redakcji jednego z poczytnych kobiecych pism. Tekst przeszedł bez echa. Teraz gdy go czytam, to mnie to nie dziwi. Nie jest najlepszy. Dziś zmieniłabym gdzieniegdzie szyk zdania, kilka słów zamieniła na inne, gdzieś dodała przecinek. Nie o to jednak chodzi. Ten tekst jest bardzo prawdziwy. Szczery. Napisany prosto z serducha. Pomyślałam więc, że podzielę się nim z Wami tutaj. 

 

Poniżej tekst konkursowy w zupełnie niezmienionej formie:

 

To zdarza się tylko w filmach, prawdziwe życie to nie bajka - usłyszałam od koleżanki, gdy przeczytałam na głos artykuł w gazecie o dziewczynie, która rzuciła pracę w korporacji i wyruszyła do Indii, by odnaleźć siebie. Uśmiechnęłam się. Ja wiem, że jednak nie tylko w filmie, ale wcale nie trzeba jechać aż do Indii. 

 

Gdy 12 lat temu przygotowywałam się do roli mamy, szczęście mieszało się z przejęciem i niepokojem. W mojej głowie na przemian kołatało  się mnóstwo wątpliwości z uczuciem pewności, że skoro przeczytałam i wysłuchałam już trochę porad, będę świetną mamą. Nigdy nie zrobię tego czy tamtego, dam dziecku to co najzdrowsze, najlepsze, zadbam o nie jak nikt. Karmienie tylko piersią, wieczorne odkładanie do łóżeczka i takie tam. Po prostu miałam zapędy do bycia idealną mamą, taką rodem z poczytnych poradników. Gdy na świecie pojawiła się Matyśka, najcudowniejsza istota o niezwykle długich, pięknych paluszkach u rączek byłam ugotowana. Na dobre i na złe, bo jak się szybko okazało rzeczywistość zweryfikowała moje marzenia o idealnym, słodkim macierzyństwie. Pomimo że czułam niewyobrażalne szczęście bywały trudne, ciężkie dni. Dziś już wiem, że było to całkiem normalne. Jak u każdego rodzica. Czas mijał, szybko zapragnęłam drugiego dziecka. Narodziła się Tinka, o włosach, oczkach i karnacji tak ciemnej, że aż trudno było mi uwierzyć, że jest moja. Nad jej urodą rozpływał się cały szpitalny personel. Teraz miałam dwie śliczne Smerfetki. Każda była inna, każda na swój sposób temperamentna. Kolejne dni były jak rollercoaster, z uczuciem euforii i huśtawką nastrojów trzech kobiet. Dzieci rosły. Ja spełniałam się w nowej roli, w roli rodzica. Coraz częściej jednak zdarzały się gorsze dni, pełne frustracji, złości, znudzenia wciąż tą samą osiedlową piaskownicą. Chciało się wyć do księżyca. To była wiosna. Zastanawiałam się, czy to tylko zmęczenie po zimie, czy coś powinnam zmienić, ulepszyć. Życie z pewnością może być inne, niż to które wiodę - myślałam. - Nie zrezygnuję jednak z urlopu wychowawczego. To nie to. Pewnego dnia stało się. Zapakowałam dziewczynki w trolejbus i wyruszyłam na wycieczkę. Zrobiłam to, co ze mną i moim rodzeństwem robiła moja mama. Najpierw z naszego gdyńskiego osiedla udałyśmy się do centrum miasta, za jakiś czas do Sopotu, w końcu także do Gdańska przełamując strach przed podróżą z wózkiem dziecięcym i dwulatkiem u boku kolejką SKM. Na początku było to kilka godzin poza domem. Nawet nie wiem kiedy zaczęłyśmy wydłużać nasze wypady na cały dzień.  Szybko zauważyłam, że wiele nam one dają. Nową, pozytywna energię, cudowne, sprawiające satysfakcję fizyczne zmęczenie, uśmiech, a dla mnie dodatkowo takie nieopisane uczucie spełnienia i wolności. Dziewczynki wracając do domu dopadały swoje zabawki z takim zapałem, jakby widziały je po raz pierwszy. Pamiętam jednak tę jedną szczególną wycieczkę.To było lato, lipiec. Znów wyjechałyśmy do Gdańska na Główne Miasto. Miałam ochotę wejść do Bazyliki Mariackiej. Zawsze bardzo lubiłam zwiedzać. Spodziewałam się jednak, że z dziećmi nie zabawię tam długo. Młodsza, ośmiomiesięczna spała w wózku.  Wielkie było jednak moje zdziwienie, gdy moja starsza, trochę ponad dwuletnia wówczas córeczka nie chciała stamtąd wyjść. Zachwycała się rzeźbami, obrazami, całym tym majestatycznym wnętrzem. Wtedy uświadomiłam sobie, że mogę zabierać dzieci w takie miejsca, że tam też może im się podobać. To rozpoczęło lawinę naszych wypraw, które zawsze odbywałyśmy komunikacją miejską. Wspólnie zaczęłyśmy odkrywać trójmiejskie muzea, kościoły, galerie rzeźb i obrazów. Czas mijał, Smerfetki były coraz większe, więcej rozumiały. Tinka była zupełnie innym dzieckiem niż Matyśka. Krócej skupiała uwagę, lubiła dużo biegać, była jak żywe srebro. Ja jednak nie rezygnowałam ze zwiedzania. Uczyłam się jak je organizować, by każda z nas była zadowolona. Odwiedziny w muzeum przeplatałam wizytą na trampolinie, plaży czy placu zabaw. Udawało się. Wszystkie czerpałyśmy z tego ogromną radość, wzbogacając nasze przeżycia pamiątkami, prawdziwymi skarbami znalezionymi gdzieś w drodze. Wkrótce zaczęły się także pytania. Zawsze starałam się prowadzić podczas naszych podróży narrację, by dziewczynki wiedziały, gdzie jedziemy, co będziemy robić, co właśnie oglądamy. Przede wszystkim polegałam na mojej fantazji. Później starałam się coś przeczytać, by lepiej się przygotować. Gdy jednak zaczęły pojawiać się bardzo konkretne pytania, na które nie umiałam znaleźć w podstawowych przewodnikach odpowiedzi, postanowiłam coś z tym zrobić. Nie wiedziałam jednak jeszcze co. Nadszedł czas powrotu do pracy. Smerfetki poszły do przedszkola. Ja zamknęłam się w biurze na 7 godzin dziennie i ….płakałam. Płakała moja dusza. Pracę, którą kiedyś bardzo lubiłam, teraz znienawidziłam. Przerażała mnie myśl, że każdy dzień będzie upływał mi właściwie tak samo, na tym samym krześle, przy tym samym biurku, z tym samym widokiem na ulicę. Choć za ten widok dziękowałam Bogu. Inni nie mieli przecież nawet tego. Czy jednak to miało wystarczyć bym tu została? Czy ja tak jeszcze umiem? Czy tak ma teraz wyglądać moje życie? Moja dusza krzyczała! Wołała o pomoc. Nie miałam jednak odwagi nawet myśleć o tym, by to rzucić. Wsparł mnie mąż. Możesz wszystko! Możesz zmienić pracę - mówił. Dodał mi odwagi i zrobiłam to. Zrezygnowałam  z tej posady. Nie wiedziałam jeszcze co dokładnie zrobię dalej z moim życiem, ale wiedziałam, że to słuszna decyzja. I zdecydowanie była. Poszukując odpowiedzi na pytania zadawane mi przez Smerfetki podczas naszych podróży wpadłam na pomysł zrobienia kursu na przewodnika po Gdańsku, Gdyni i Sopocie. Mamy, które spotkałam w przedszkolu zadawały mi mnóstwo pytań o wycieczki. To zainspirowało mnie, by stworzyć blog o podróżowaniu z dziećmi autobusem po Trójmieście. Zaczęłam namawiać początkujących rodziców do takiej aktywności. Szczególnie tych przytłoczonych codziennymi obowiązkami, które przesłaniały im radość macierzyństwa, radość rodzicielstwa. W tym samym czasie na świecie pojawiła się moja trzecia córka, Kalinka. Prawdziwa Iskierka! Podróżniczka. Pakowałam więc od tej pory trzy Smerfetki i razem wyruszałyśmy po przygodę trolejbusem, autobusem czy kolejką SKM. Chwilę później rozpoczęłam na blogu akcję Podróż za 2 uśmiechy, mającą na celu promowanie rodzinnego podróżowania komunikacją miejską oraz wywalczenie korzystnej oferty cenowej na bilety rodzinne. Akcja wciąż trwa, a ja wierzę, że osiągnę swój cel. Powoli zaczęłam rozwijać się również w pracy licencjonowanego przewodnika. Dziś najbardziej lubię organizować wycieczki i spacery dla dzieci. To daje mi ogromną satysfakcję. 

 

We wrześniu najmłodsza córka idzie do przedszkola. Kończy się pewien etap w moim życiu. Zakończyłam domową edukację córek. Teraz będę miała więcej czasu dla siebie, dla rozwoju własnej pracy. Jak pokieruję moim życiem? Nie wiem tego jeszcze dokładnie. Gdzieś jednak głęboko w sobie czuję, że mam moc i mogę wszystko. I pomyśleć, że to przez te małe wielkie wyprawy gdyńskim trolejbusem.

 

Danka Ślipy

Frajda nad morzem

Zdjęcia wykonane przez Zbigniewa Kopyścia z Foto21 na potrzeby mojej akcji Podróż za 2 uśmiechy.

Zdjęcie z akcji Podróż za 2 uśmiechy 

W sierpniu napisałam: 

 

Jak pokieruję moim życiem? Nie wiem tego jeszcze dokładnie. Gdzieś jednak głęboko w sobie czuję, że mam moc i mogę wszystko.

 

Wróciłam z Bieszczadów pełna energii i pozytywnego nastawienia. Moich planów jednak nie udało mi się zrealizować. Dlaczego? Dziś już wiem jak moim życiem pokierować, choć dojść do tego nie było wcale łatwo. O tym, dlaczego powroty bywają trudne przeczytacie za kilka dni.

 

 

Komentarze:
Dodaj swój komentarz
Nick / Imię
Treść komentarza
Stolica Polski
Nie dodano żadnego komentarza